<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=Prof. Tutka w cichej uliczce> 
<author_1=Jerzy Szaniawski>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1952">
<month="1">
<date=1952-01-06>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Mecenas mwi, e mczy go haaliwe, pene gwaru rdmiecie. Czuje on, e nerwy nie s w porzdku. Gdyby nie klienci i zwizane z nimi sprawy chtnie poszukaby jakiej cichej maej uliczki i tam zamieszka.
Profesor Tutka:
 Tak. Rozumiem. I ja byem niegdy zmczony rdmieciem: szukaem cichej, maej uliczki. Znalazem takie mieszkanie. Uliczka na kracach miasta miaa kilkanacie niewielkich kamieniczek. Jeden tylko wylot czy j z szerszym wiatem, bya to bowiem uliczka lepa. Cz nazywana jezdni, to ulubione miejsce psw: w dni pogodne spay one w socu, wiedzc, te nikt ich nie przejedzie. A jeeli nawet wjechaa czasem jaka doroka, kupcy wychodzili ze sklepw, fryzjer zostawia fotel z niedomydlonym gociem, w oknach ukazyway si postacie mieszkacw, wszyscy byli ciekawi, kto przyjecha i do kogo? Kade zdarzenie na tej uliczce wydawao si wiksze, kady gos wyraniejszy, ni w rdmieciu. Gdy raz chopcy, ktrzy zajmowali si chemi, sprawdzili, z wynikiem pomylnym, warto swej petardy, ludziom si zdawao, e wylatuje w powietrze prochownia; gdy kiedy gono, z fantazj wjecha orszak weselny, wraenie byo olbrzymie, zdawao si, e uroczysty patos tej chwili rozsadza cich uliczk. A w ogle zauwayem, e wszystko tu wida wyraniej i lepiej.
Tam w gwarnym rdmieciu, czowiek patrzcy, staje si tylko gapiem: nie moe dostrzec, uchwyci wielu rzeczy ciekawych; tu porwna bym mg siebie do mionika sztuk piknych na wystawie obrazw, gdzie czowiek si nie rozprasza, ale skupia i patrzy na rzeczy widziane uwaniej, gbiej, inteligentniej. Uliczka cicha, gazowe latarnie, ludzie mili, wszystko mi si podobao i chwaliem siebie za ten pomys, aby tu zamieszka.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>